Nie będę tego ukrywał – jestem fanem Beatlesów. Od dzieciństwa słucham ich nagrań i być może jestem przez to lekko spaczony... Tak czy inaczej, recenzja ma być recenzją, więc postaram się być tak jak zawsze obiektywny.

Album ten to ostatnie dzieło w dorobku tej sławnej czwórki. Pisząc tę recenzję podzielę ją właśnie na cztery, odpowiednio dla każdego z nich, części. Pierwszym będzie John Lennon.

Jego twórczość zawsze zaskakiwała, dlatego też i tutaj jest podobnie. Otwierający płytę „Come Together” to mocny utwór, gdzie główną rolę gra bas. Przewodzi on reszcie wraz ze swoją ciemną barwą. Gdyby ten numer został nagrany teraz, miałby niezłego kopa, bez dwóch zdań. Podobnie jest z „I Want You (She's So Heavy)”. Ciężkość tego numeru mówi wszystko, tak jak główny riff, przewijający się przez całość. To mój ulubiony song i czekam już od wielu lat, by usłyszeć jakikolwiek metalowy cover tegoż. Kurde, w tamtych czasach nawet Black Sabbath nie potrafili stworzyć takiego doła!

Poul McCartney – jak zawsze stanął na wysokości zadania, tworząc balladkę albumu. Jest nią „Oh! Darling” z fenomenalną liną wokalną i partiami fortepianu o niepowtarzalnej atmosferze. Trochę szybszym jest „You Never Give Me Your Money”, ale jak to na niego przystało, wszystko po prostu płynie w muzyce. Znajdziemy tu również króciutki „Golden Slumbers”. Półtorej minuty muzyki, dźwięki fortepianu i orkiestry. Nadal jeszcze zdarza mi się mała łezka w oku w trakcie słuchania go, takie to piękne.

Trzecim w kolejności jest George Harrison. Na „Abbey Road” znajdują się jego dwa kawałki. Pierwsze „Something”, piękna nastrojowa balladka i pozytywnie naładowana piosenka o tytule „Here Comes the Sun”. Obydwie kompozycje są naprawdę porządne, stwierdzę nawet, że są to najlepsze numery, jakie Harrison napisał będąc Beatlesem.

Został jeszcze Ringo Star. Rzadko się zdarzało, by wychodziło coś spod pióra tego pana, ale na koniec stanął na wysokości zadania i napisał lekko infantylną piosenkę - „Octopus's Garden”. Numer ten z lekko absurdalnym tekstem, wychodzi słabo na tle reszty, ale to nic dziwnego. Ringo nigdy nie błyszczał swoją liryczną twórczością.

To chyba by było na tyle... Oczywiście starałem się jak mogłem, by nie rozpisywać się, bo mógłbym opisać historię każdego utworu z osobna, ale przecież nie o to w tym wszystkim chodzi.

„Abbey Road” jest pięknym albumem, pełnym miłości i trochę żal, że ostatnim. Na koniec zacytuję słowa z songu „The End”: „...And in the end the love you take, is equal to the love you make”, i tym małym przesłaniem zakończę tą recenzję.






Portal Metal.pl nie odpowiada za poglądy i opinie wyrażane w TEMP recenzjach. Są one tylko i wyłącznie poglądami autora recenzji.


Chcesz o tym pogadac? Kukaj na: Forum.Metal.pl

zespół:  The Beatles
album:  Abbey Road
autor:  Vincent Asher

zobacz inne recenzje tego autora


©1999-2008 Metal.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wykorzystywanie artykułów z tej strony bez zgody portalu lub autora zabronione!