Zawsze chciałem usłyszeć jak brzmiałby Rammstein w towarzystwie orkiestry symfonicznej. Chciałem przekonać się czy dodałoby to faktycznie pożądanego patosu i energii ich dziełom. Niestety, panowie z Rammstein nie zdecydowali się jeszcze na pełnometrażówkę przy pomocy altówek, wiolonczeli i innych tego typu instrumentów. Na szczęście znalazł się zespół, który wyręczył ich w tym, jakże ciekawym, pomyśle. Zespół także niemiecki. I także niesamowity. A może nawet bardziej... Uwaga, uwaga, oto Rammstein zyskał ogromnego konkurenta do miana #1 na niemieckim rynku.

Potrzeba jednak przestawić się na nieco inny gatunek, styl. Inne podejście, wykonanie i prezentację muzyki. Najnowsze dziecko Lacrimosy jest, mówiąc najogólniej, o wiele bardziej liryczne i delikatne. Utwory, jak zwykle, są długie i w ich obrębie zamknąć można spokojnie kilka innych kompozycji. Przypomina to poniekąd dokonania Estatic Fear czy chociażby ostatnie dzieło Meshuggah. Jedność kompozycyjna jest tutaj zarówno plusem, nadaje bowiem jakiegoś specyficznego klimatu, nieco dusznego, ciężkiego przekazu. Czasami jednak, tak jak w "Nachtschatten", obraca się przeciwko twórcom, usypiając swoją monotonnością i stanowczo zbyt spokojnie przygrywającymi smykami. I to chyba jedyny grzech na koncie autorów. Pozostałe, o wiele bardziej dynamiczne utwory w stylu "Lichtgestalt" są już o niebo, a nawet o siódme niebo, lepsze. Żywsze, głośniejsze, a jednak nadal nieco stłumione. Szczególnie fajnie pasuje tutaj nieco chrypliwy i przybity wokal Tilo Wolffa. Zresztą Wolff to muzyk jakich mało - pan i władca absolutny swojej muzyki, kompozytor i tekściarz. Z każdym słowem wyrywa swoje serce, i słychać to na tej płycie doskonale. Jest więc na tym krążku nieco magii dodawanej przez cicho wtopione w tle chóry. Gitary absolutnie nie wysuwają się na pierwszy plan pozostawiając smyczkom głównie pole do tworzenia intymności. I ta duszność i przytłumienie muzyki połączone z jej monumentalnością, zupełnie jak w Gregorian.

Płyta jest więc poniekąd "schizofreniczna" - ma dwa oblicza. Jedno, bardzo spokojne i długie. Zresztą otwierający "Sapphire" ma ponad 11 minut i skojarzenia z "Sign Of The Cross" są tu jak najbardziej na miejscu. Drugie oblicze już nie jest takie spokojne. Wraz z drapieżnym "Kelch Der Liebe" zupełnie jakbyśmy wkraczali na ciemną stronę księżyca. I ta strona jest o wiele ciekawsza, bardziej podniecająca i przerażająca. Brudny świat Lacrimosy wita i na pewno szybko nie wypuszcza. Dobra płyta i warto się w nią wsłuchać - aczkolwiek tylko znając język niemiecki...






Chcesz o tym pogadac? Kukaj na: Forum.Metal.pl

zespół:  Lacrimosa
album:  Lichtgestalt
autor:  Abaddon



zobacz inne recenzje tego autora


©1999-2008 Metal.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wykorzystywanie artykułów z tej strony bez zgody portalu lub autora zabronione!